Skip to content

Gdy miłość nie wystarcza — czym jest zdrada i dlaczego zdarza się ludziom, którzy kochają

W poprzednim artykule „Kiedy bliskość boli. Regulacja emocji, granice i tożsamość w bliskich związkach” pisałam o tym, że bliskość potrafi boleć — że boimy się jej, bronimy przed nią, a nasze sposoby regulowania emocji w relacji często chronią nas przed kontaktem tak skutecznie, że związek zaczyna obumierać od środka. Zdrada jest jednym z najbardziej dramatycznych wyrazów tej samej dynamiki. To nie jest inna historia. To kolejny rozdział tej historii, napisany grubszą czcionką i z wyższymi kosztami dla wszystkich.

Psycholog · Psychoterapeuta Psychodynamiczny · Specjalista MBT · Seksuolog Kliniczny


Kiedy ktoś przychodzi do mnie po raz pierwszy i mówi „zdradziłem” lub „zdradziłam” — w tym zdaniu słyszę zwykle dwie rzeczy naraz. Fakt i pytanie. Fakt jest oczywisty. Pytanie brzmi: dlaczego ja? Nie w sensie samooskarżenia, choć to też bywa obecne. W sensie autentycznego zdumienia sobą. Jakby człowiek obudził się po czymś, czego nie w pełni rozumie — i zaczął szukać języka, który pozwoliłby mu to opisać.

To pytanie jest punktem wyjścia dobrej pracy terapeutycznej. Nie dlatego, że daje rozgrzeszenie. Lecz dlatego, że otwiera dostęp do mechanizmów, które do zdrady doprowadziły — i które, jeśli pozostaną niezrozumiane, niemal zawsze doprowadzą do powtórzenia. Własnego lub w kolejnym pokoleniu.

Czym jest zdrada — i dlaczego definicja jest już klinicznie ważna

Zanim przejdę do mechanizmów, muszę zatrzymać się przy samym pojęciu. Bo w gabinecie zdrada rzadko jest tym, czym wydaje się na pierwszy rzut oka.

Pary potrafią kłócić się latami o to, czy w ogóle doszło do zdrady. Jedno twierdzi, że tak. Drugie — że nie. Oboje mówią w dobrej wierze. I ta kłótnia jest już materiałem terapeutycznym, zanim padnie choć jedno zdanie o tym, co naprawdę się wydarzyło.

W literaturze klinicznej zdrada jest definiowana jako naruszenie jawnej lub domyślnej umowy relacyjnej, którą para zawarła — niezależnie od tego, czy ta umowa kiedykolwiek została nazwana wprost (Blow & Hartnett, 2005). Może przyjmować formę seksualną, emocjonalną, cyfrową. Może być jednorazowa lub trwać latami. Może być wynikiem impulsu lub starannie podtrzymywanej tajemnicy.

Ale klinicznie najistotniejsze pytanie nie brzmi: co zrobił/zrobiła? Lecz: co zostało naruszone i przez kogo jest rozumiane jako naruszenie? Para może żyć ze sobą przez lata, operując fundamentalnie różnym rozumieniem tego, co w związku jest dozwolone — i oboje mogą być w tej rozbieżności całkowicie szczerzy. Milcząca umowa relacyjna, której nikt nigdy nie wyartykułował, nie komunikował w relacji, jest jednym z najczęstszych niewidocznych czynników ryzyka zdrady.

„Dlaczego zdradziłem, skoro kocham partnera?” — najczęściej zadawane pytanie

To jest pytanie, które ludzie wpisują w wyszukiwarki i w okna czatów AI w środku nocy. Robią to poszukując sami rozumienia siebie, zanim zdecydują się na pierwszą wizytę u psychoterapeuty.

Odpowiedź, której szukają — i której nie otrzymują ani od moralizujących przewodników, ani od upraszczającego temat poradnictwa — jest bardziej złożona: okazuje się, że zdrada bardzo rzadko jest dowodem na brak miłości. Znacznie częściej jest objawem czegoś, co dzieje się wewnątrz osoby zdradzającej — i co ma niewiele wspólnego z jakością uczucia do partnera. Bardzo często jest następstwem, odreagowaniem w działaniu napięć zgromadzonych w parze, omijanych skrupulatnie konfliktów, czy nieprzeżytych strat. 

To zdanie wymaga rozwinięcia, bo powiedziane bez kontekstu, brzmi jak usprawiedliwienie. Nie jest nim.

W psychodynamicznym rozumieniu psychiki ludzkiej wiele z naszych zachowań — w tym tych, które sami oceniamy jako niezrozumiałe, sprzeczne, niszczące — jest napędzanych przez mechanizmy, które działają poniżej progu świadomej refleksji. Freud opisał to jako przymus powtarzania (repetition compulsion): tendencję do odgrywania w teraźniejszości wzorców emocjonalnych i relacyjnych, których korzenie leżą w historii, często w wczesnym dzieciństwie (Freud, 1920/2010). Człowiek nie powtarza dlatego, że chce cierpieć. Powtarza dlatego, że powtarzanie jest znajome — a to, co znajome, jest przez mózg rejestrowane jako bezpieczne, nawet jeśli jest destrukcyjne.

W praktyce klinicznej oznacza to, że osoba, która zdradziła, często nie zdaje sobie sprawy, że odgrywa scenariusz znacznie starszy niż aktualny związek. Scenariusz, w którym bliskość jest niebezpieczna, porzucenie jest nieuchronne, a posiadanie „planu B” jest jedynym sposobem przeżycia emocjonalnego.

Zdrada jako regulacja emocji — czego tak naprawdę szukamy poza związkiem

W poprzednim artykule pisałam o tym, że regulacja emocji w bliskich związkach jest jednym z najtrudniejszych zadań, jakim stawiamy czoła jako dorośli. Zdrada jest często — i to jest teza, która w gabinecie wywołuje najpierw opór, a potem ulżenie — formą dysregulowanej regulacji emocjonalnej.

Co to znaczy w praktyce?

Klinicznie rozróżniam dwa podstawowe wzorce motywacyjne. Zdrada jako ucieczka od — od przytłaczającej bliskości, od poczucia więzienia w związku, od własnej nieadekwatności jako partnera, od nudy, która jest zakamuflowanym lękiem przed kontaktem. I zdrada jako szukanie czegoś — potwierdzenia własnej wartości, podniecenia jako substytutu emocjonalnego kontaktu, poczucia bycia odzwierciedlonym, widzianym przez kogoś, kto patrzy na nas bez historii i bez oczekiwań, Bywa, że zdrada to maniakalna obrona przed pustką i beznadzieją w relacji.

Te dwa wzorce wymagają zupełnie innej pracy terapeutycznej. Osoba, która zdradziła, uciekając od przytłaczającej bliskości, musi zrozumieć, dlaczego bliskość jest dla niej nie do zniesienia — i co w historii przywiązania sprawiło, że intymność stała się zagrożeniem. Osoba, która zdradziła, szukając potwierdzenia, musi przyjrzeć się temu, dlaczego nie potrafi uzyskać tego potwierdzenia od partnera — ani dlaczego sama sobie go nie daje.

Styl przywiązania a zdrada — jak historia więzi kształtuje nasze decyzje

John Bowlby (1969/1982) opisał, że wczesne doświadczenia relacyjne z opiekunami tworzą w nas wewnętrzne modele operacyjne — coś w rodzaju map, według których poruszamy się w bliskich związkach przez całe dorosłe życie. Te mapy decydują o tym, czego oczekujemy od drugiego człowieka, jak reagujemy na jego emocje i jak radzimy sobie z lękiem generowanym przez bliskość.

Badania Mikulincera i Shavera (2007) potwierdzają, że styl przywiązania ma istotny związek z ryzykiem zdrady — nie w sensie deterministycznym, lecz jako czynnik podatności.

Osoba z lękowo-ambiwalentnym stylem przywiązania żyje w chronicznym napięciu między głodem bliskości a lękiem przed porzuceniem. Zdrada w tym wzorcu może być testem lojalności partnera, próbą wywołania jego reakcji — dowodem, że zależy mu na tyle, żeby cierpieć. Może być też wyrazem nienasycenia: nieważne ile partner daje, to zawsze za mało, bo głód jest starszy niż ta relacja.

Osoba z unikającym stylem przywiązania nauczyła się, że bliskość jest niebezpieczna lub zawodna — i wypracowała strategię emocjonalnego dystansu jako ochronę. Zdrada w tym wzorcu jest często nieświadomym tworzeniem wyjścia ewakuacyjnego: związek jest tolerowany, ale tylko dopóki istnieje „coś poza”. Bliskość z partnerem jest utrzymywana na bezpiecznym poziomie dzięki temu, że intymność — ta prawdziwa, dezorganizująca — dzieje się gdzieś indziej lub nie dzieje się nigdzie.

Najtrudniejszy klinicznie jest zdezorganizowany styl przywiązania, opisany przez Mary Main i Judith Solomon (1990), charakterystyczny dla osób, których wczesne doświadczenia z opiekunami były jednocześnie źródłem bliskości i zagrożenia. Zdrada w tym wzorcu jest często nieprzewidywalna, intensywna i dla samej osoby niezrozumiała — bo napędza ją sprzeczny wewnętrzny imperatyw: zbliżaj się i uciekaj jednocześnie.

Mentalizacja i jej załamanie — dlaczego zdrada zdarza się w konkretnym momencie

Jedną z najbardziej użytecznych klinicznie koncepcji w pracy z osobami doświadczającymi zdrady — własnej lub partnera — jest teoria mentalizacji, rozwinięta przez Petera Fonagy’ego i Anthony’ego Batemana (2012).

Mentalizacja to zdolność do rozumienia siebie i drugiego człowieka jako istot z wnętrzem: motywacjami, uczuciami, historią, punktem widzenia. To zdolność do myślenia: co teraz czuję i dlaczego? Ale też: co teraz czuje ta druga osoba i co napędza jej zachowanie?

Zdrada pojawia się najczęściej tam, gdzie ta zdolność się załamuje. Gdzie partner przestaje być człowiekiem z wnętrzem, a staje się funkcją — źródłem frustracji, obowiązku, nudy, bólu. I gdzie osoba trzecia — idealizowana i nieznana wystarczająco dobrze, żeby dało się ją idealizować — staje się ekranem dla projekcji: nie tyle prawdziwą osobą, ile reprezentacją czegoś, czego brakuje wewnątrz.

Fonagy i Bateman (2012) opisują, że intensywne pobudzenie emocjonalne — podniecenie, gniew, poczucie odrzucenia, samotność w związku — dezaktywuje zdolność do mentalizacji. Dlatego zdrada tak często zdarza się właśnie wtedy, kiedy ktoś jest emocjonalnie najbardziej aktywowany. Kiedy poczucie odrzucenia przez partnera jest nie do zniesienia. Kiedy własna wartość właśnie otrzymała cios. Kiedy napięcie w związku jest tak duże, że myślenie ustępuje miejsca działaniu.

W gabinecie pytam wtedy: Co czułeś/czułaś chwilę przed? I czy potrafiłeś/aś to wtedy nazwać? Odpowiedź na to pytanie mówi mi więcej niż opis tego, co się wydarzyło.

„Czy jestem złym człowiekiem, skoro zdradziłem?” — pytanie, które wszyscy zadają, ale mało kto głośno

To pytanie wraca w różnych formach. Czasem jako przerażenie sobą. Czasem jako obrona — szukanie dowodów na to, że nie jest się złym. W obu